Caravaning jest kobietą

Czyli o caravaningowym życiu z kobiecego punktu widzenia.

ZAPAKOWANY URLOP NIEPLANOWANY

Prawo do urlopu jest jednym z podstawowych przywilejów wynikających z kodeksu pracy. Ba! Czas na wypoczynek gwarantuje nawet Konstytucja. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że urlop to wspaniała idea i niejednokrotnie czekamy na niego z większym wytęsknieniem niż na nasze urodziny, czy Boże Narodzenie. Urlop to konieczność i wie o tym każdy, kto przepracował choćby kilka dni. Pozwala żyć z tygodnia na tydzień z nadzieją, że w końcu nadejdzie.

(nie)Perfekcyjna pani kampera

upadłaś na głowę?!? 1000 km w kamperze z dwójką dzieci?”, „jedziesz na wakacje, żeby siedzieć w garach?”, „ja to jeżdżę na wakacje, żeby wypocząć..”, „chcę podczas urlopu mieć posprzątane i podane do stołu – dziwna jesteś, że wolisz to robić sama”…..

Tak bardzo często (zwłaszcza) kobiety reagują,  gdy słyszą, że wybieram się na wakacje kamperem. Niemal z każdej tego typu wypowiedzi, można podskórnie wywnioskować, że wakacje caravaningowe to nie wakacje, lecz orka i to na dodatek-nie ta z filmu „Uwolnić orkę”. Taka forma urlopu to w ocenie wielu ciężka, wytężona praca okraszona ogromnym wysiłkiem fizycznym, którego powinno się unikać. Zwłaszcza na wakacjach. Żeby tego było mało – cały czas w samochodzie, za kierownicą, jadąc niewiele szybciej od TIR-ów, czy autobusów. Po prostu KOSZMAR!

Najchętniej nie wyprowadzałabym nikogo z błędu – pozostając w oczach swych rozmówców boginią domowego ogniska, która nawet na kempingu – w uroczym fartuszku – serwuje 3-daniowy obiad na suto zastawionym stole (przykrytym świeżo pachnącym i wyprasowanym, białym obrusem). Rzeczywistość wygląda jednak zgoła inaczej i jedną z pobudek, dla których wybieram tę formę wypoczynku, jest – o zgrozo!! – LENISTWO.

Zaplanuj nieplanowanie

Już same przygotowania do urlopu, to nie lada wyzwanie, zwłaszcza dla osób, które wolą żyć spontanicznie i bez większego planu. Słysząc ludzi, którzy już zimą rezerwują hotel na wakacje, jestem pełna podziwu, ale i przerażenia – jak można z tak dużym wyprzedzeniem wiedzieć, na co będzie się miało chęć kolejnego lata? Co, jeśli na wiosnę zobaczę zdjęcie pięknego miejsca, które zechcę odwiedzić lub usłyszę o winnicy, w której tego roku będzie najlepsze wino pod słońcem – oczywiście przy założeniu, że lubię wino? Z biletem w szufladzie nie zmienię decyzji o destynacji ot tak.

W przypadku wyjazdu kamperem (przy założeniu, że mamy swojego kampera lub zarezerwowany termin wypożyczenia) możemy, w ostatniej chwili, zdecydować, w którym kierunku jedziemy. Niejednokrotnie, podróżując domem na kółkach, zmienialiśmy swoje wakacyjne plany ze względu na to, że w danym miejscu planowane było ciekawe wydarzenie lub po prostu szukaliśmy ładniejszej pogody. Czasem decydowaliśmy się na małe szaleństwo i rzucaliśmy monetą, pozwalając jednocześnie, by to los kierował nas w nieznanym kierunku.

Podróż kamperem nie wymaga dokładnej weryfikacji ofert hoteli z setką opinii na różnych forach, sprawdzenia miejsc, do których można dotrzeć z hotelu, analizy godzin odlotu i przylotu pod kątem naszej pracy, doby hotelowej, drzemek dzieci czy naszych. Odkąd jeździmy kamperem, czas poświęcony na planowanie takich wypraw skrócił się diametralnie i jest nam z tym bardzo dobrze. Dla tych mniej zdecydowanych i maksymalistów, którzy przed podjęciem decyzji muszą zweryfikować wszystkie opcje, recenzje, możliwości i warianty, jest to duże ułatwienie. Coś o tym wiem, nie żeby z autopsji… 😉

Bagaż mój przyjaciel czy wróg

To, czego nie znoszę, to pakowanie i rozpakowywanie. W przypadku standardowego wyjazdu na wakacje cierpię z tej przyczyny wielokrotnie.  Za pierwszym razem, gdy pakuję nas na wyjazd. Wówczas jest jeszcze całkiem znośnie – energia, jaka towarzyszy przygotowaniom do podróży pozwala mi podejmować tę czynność bez większego grymasu na twarzy. Nie oznacza to jednak, że udaje mi się przejść ten proces bez irytacji i poddenerwowania (żeby nie określić tego bardziej dosadnie). Entuzjazm trochę opada w momencie, gdy spakowana walizka okazuje się być zbyt ciężka i podejmuję kolejną próbuję uszczuplenia jej wagi.

Po raz drugi przechodzę przez ten proces, gdy wypakowuję stosy rzeczy w hotelowym pokoju i szukam dla nich miejsca w jednej, niewielkiej szafie wyposażonej w 4 wieszaki (w tym jeden złamany). Oczywiście ostatecznie i tak WSZYSTKO ląduje na fotelu, tudzież stoliku (jeśli takowy jest), bo nikt (na czele ze mną) nie kwapi się, by odkładać rzeczy do wspomnianej szafy.

Kolejne „schody” pojawiają się, gdy pakuję nas na koniec pobytu. Nie wiem, jakim cudem przy wyjeździe z wakacji walizka zawsze magicznie się kurczy i wymaga dużej cierpliwości, by zamknąć jej wieko. Jak dotąd nieskuteczne były wszystkie podjęte przez nas próby spakowania się w jedną  walizkę, z którą przyjechaliśmy. Dlatego, na tego typu wyjazdy, już zawsze wozimy ze sobą zapasowe składane torby, do których pakujemy wszelkie nadwyżki bagażu. Nie pytajcie mnie, skąd one się biorą –mam na myśli nadwyżki- nie torby, bo te drugie wciskam do walizki z pełną odpowiedzialnością w pierwszym etapie pakowania.

Kolejny raz staram się wykrzesać resztki cierpliwości, gdy po podróży próbuję na nowo zaprzyjaźnić się z pralką i suszarką, ładując w nią wszystko, co przywieźliśmy. Jednocześnie zastanawiając się, po co znów brałam tyle rzeczy, skoro połowy i tak nie wykorzystaliśmy. Na ostatni etap, tj. prasowanie, segregowanie i układanie rzeczy do szaf, zazwyczaj nie mam już siły. Pozostawiam to na lepszy dzień, licząc, że rzeczywiście taki nadejdzie. Ewentualnie nadejdzie czwartek i przyjdzie Pani Luba, która wspomoże mnie w tym zadaniu i wybawi od tej niewdzięcznej pracy. Niniejszym oficjalnie dziękuję Jej za każdorazowe wsparcie!!

Proces pakowania, w przypadku podróży kamperem, ogranicza się do przeniesienia w dniu wyjazdu (tudzież dzień wcześniej) rzeczy z szaf w naszym domu do szafy kampera. Co ważne – stosuję zasadę, że biorę dla danej osoby tyle rzeczy, ile zdołam udźwignąć „na raz”. Oznacza to tyle, że na trasie dom – kamper idę jednorazowo tylko z rzeczami jednej osoby. To, czego nie uda mi się wziąć, zostaje w domu. Pewnie kamper byłby przy tym założeniu stosunkowo pusty, gdyby nie to, że moje dwie pomocnice przenoszą na tej samej trasie masę innych rzeczy. Wyznają bowiem kompletnie odmienną od mojej zasadę – do kampera bierzemy WSZYSTKO, na co natrafimy po drodze.

Na spokojnie układam przeniesione rzeczy na półkach, które są przypisane poszczególnym członkom rodziny. Te bardziej „gniotliwe” ciuchy wieszam na swoich dziesięciu (albo na tylu, na ile mam kaprys) wieszakach. Choć tak między nami, to na wakacje kamperem rzadko kiedy biorę coś, co musi być wyprasowane. Zachowuję jednak pozory dbałości o swój image i z pełnym namaszczeniem wieszam te trzy bluzki i sukienki w „kamperowej” szafie.

Oczywiście pozostają jeszcze do spakowania sprzęty typu odkurzacz, stół, fotele, kable, ekspres do kawy itd. (lista tych przedmiotów jest stosunkowo długa). Przyznam się Wam, że mam to szczęście, że – w naszym wypadku –  te rzeczy wskakują do kampera same!! Tak przynajmniej zakładam, bo  wszystko w momencie wyjazdu zawsze w kamperze jest 😉

Co istotne, pakowanie naszego domu na kółkach przebiega w bardzo przyjemnej atmosferze zwłaszcza, gdy Dziewczyny przynoszą kolejnego dmuchanego krokodyla, wiaderka, rower, hulajnogę, misie, klocki, gry i trylion innych – „Mamo przecież to niezbędne” – rzeczy. Wiem, że dając im na to przyzwolenie, gwarantuję sobie czas na czytanie książki i inne przyjemności, gdy dojedziemy na miejsce.

Rozpakowanie po powrocie wygląda bardzo podobnie, gdyż zazwyczaj na bieżąco wszystko pierzemy. Tak więc poza zmianą kierunku noszenia rzeczy, rozpakowanie kampera wygląda podobnie jak jego zapakowanie. Pozostaje jedynie kampera posprzątać… Nie jest to może czynność najprzyjemniejsza, ale gwarantuje odnalezienie wszystkich zagubionych skarpetek, puzzli, ładowarek itd., wracamy więc z wojaży bez większych strat materialnych 😉 co często miało miejsce, gdy spędzaliśmy wakacje w hotelu (zostawiliśmy na krańcach świata masę ładowarek, ubrań, butów itd.).

Podsumowanie

Czy wakacje kamperem to jedyna słuszna opcja? Oczywiście, że nie! Każdy decyduje się na to, co mu w danym momencie życia odpowiada. Dal mnie podróże kamperem są odskocznią od codzienności, potwierdzeniem, że żyję i decyduję sama o sobie. Dają ogromne poczucie wolności, sprawczości i życia tu i teraz… Moment, gdy wsiadam do kampera i pada pytanie „to gdzie jedziemy?” – nie jest możliwy w żadnej innej wakacyjnej opcji. Polecam przetestować to uczucie choć jeden, jedyny raz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *